wtorek, 18 lutego 2014

Oj, jak tej Pani powiedzieć o Jezusie? Czy możemy modlić się o mima?



Wręczając (wcześniej przygotowane i „przemodlone”) kanapki oraz kartki ludziom potrzebującym, zauważyliśmy Panią, która trzymała wielki napis “ i ” i wyglądała na zmęczoną. Postanowiliśmy modlić się o nią i zapytać czy nie jest głodna. Ja stałem z boku i patrzyłem na “moje” dzieci które zaczęły coś wymachiwać i szukać pomocy. Podbiegłem i wtedy zorientowałem się, że Pani nie słyszy i raz po raz próbuje coś powiedzieć ale wychodzi jej to kiepsko. Dzieci szybko znalazły sposób aby się z nią porozumieć, pokazując serduszka i wskazując na Niebo, krzyżując ręce pokazując modlitwę, wow - one nie przepuszczą  (pomyślałem) pokazują Pani, czy mogą się o nią pomodlić i wręczyć jej kanapki. Pani kiwa głową i pokazuje, że możemy się o nią modlić - po chwili jedna z dziewczynek modli się na migi i wręcza jej kanapki, pani stojąc ma łzy w oczach i kiwa głową na znak dziękuję. 

Okazało się, że od rana nic nie jadła, a ta praca to dorywczy sposób aby dorobić do skromnej renty 
(w zasadzie to najpierw wymyśliliśmy, że jej wypłaty ale okazało się później, że z powodu kalectwa trwałego ma Pani rentę)

WOW i Chwała Bogu za to, że jest z nami i przemawia do dzieci w prosty sposób.


W tym dniu modliliśmy się jeszcze o "mima" któremu wręczyliśmy kartkę z wersetami, to było trochę trudne bo skakał i pokazywał śmieszne miny traktując to jako zabawę, po chwili zorientował się, że my chcemy też mu coś dać, nie mamy pieniążków ale chcemy go Błogosławić  i pokazać, że Jezus go kocha! 
W tym dniu modliliśmy się o wielu sprzedających obwarzanki krakowskie, ludzi którzy siedzieli w swych małych budkach, często smutni, czekający na lepsze chwile. W ten sposób mogliśmy wnieść, jak to dzieci określiły: Światło do ich dnia i uświadomić, że jest ktoś komu zależy. 





poniedziałek, 17 lutego 2014

Kartki i kanapki


W Chrześcijańskiej Szkole Samuel, dzieci dostały zaproszenie na wyjazd misyjny do Krakowa. Kiedy o tym usłyszałam, zdecydowałam, że i ja chciałabym tego doświadczyć i być tam razem z córką. Wyjazd poprzedziły wspólne twórcze, relacyjno-modlitewne spotkania. Aż nadszedł dzień wyjazdu. Zwarte i gotowe stawiłyśmy się na dworcu. Już pierwszego dnia poszliśmy do centrum miasta aby modlić za Kraków i za tych, którzy tam mieszkają. Następnie jedząc pyszne Muffinki i popijając ciepłą herbatę dzieliliśmy się tym co Bóg nam pokazał o Krakowie. Sobota była pełna wrażeń. Najpierw w siedzibie goszczącego nas krakowskiego kościoła zapoznawaliśmy się z dziećmi z Krakowa, które chciały wyjść z nami na miasto do bezdomnych, robiliśmy kanapki i paczki z jedzeniem dla bezdomnych, modliliśmy się za siebie nawzajem i robiliśmy kartki dla bezdomnych z jakimś słowem zachęty, wyrazem Bożej miłości. Każde dziecko miało zrobić jedna kanapkę i jedną kartkę. Nie wiedzieć czemu moja Hania od razu zaczęła robić dwie a kiedy był czas robienia kanapek, zamiast pójść zrobić jedną poszła zrobić kolejną kartkę. Dziwaczne J W końcu wyruszyliśmy na miasto. Podzieliliśmy się na grupy dostaliśmy paczki z jedzeniem i wzięliśmy nasze kartki. Kiedy spotkaliśmy pierwszego bezdomnego dzieci bez cienia strachu dały kartkę i paczkę i dzielnie przez pół godz. słuchały jak Pan opowiadał o swoim niełatwym życiu. Na koniec pomodliliśmy się za niego. Następny bezdomny nie potrafił przyjąć od nas daru, ale kolejnych dwóch miało łzy w oczach z wdzięczności. W naszej grupie było nas dwoje dorosłych i 5 dziewczynek. Na początku dostaliśmy 7 paczek, a każda z nich (oprócz Hani) zrobiła po jednej kartce tak jak trzeba było i kiedy zostały nam 4 paczki z żywnością i tylko 2 kartki, wtedy dotarło do mnie, że Hania zrobiła 3 kartki czyli, że mamy dokładnie tyle kartek, co paczek. Wzrosła we mnie wdzięczność i pewność, że Hania jest wrażliwa na prowadzenie Ducha Św. Cały wyjazd był niesamowitym doświadczeniem służenia Bogu razem jako rodziny nie umniejszając niczyjej roli. I to dla nas było najpiękniejsze: rodzinność i zespołowość na misji w Krakowie. Dziękujemy za to wspólne doświadczenie.
Ania i Hania Weigl

sobota, 15 lutego 2014

2 mosty



"Po skończeniu uwielbienia na jednym ze spotkań przygotowawczych przed wyjazdem do Budapesztu dzieliliśmy się tym, co Bóg pokazał nam podczas modlitwy. Osobiście czułem się trochę zakłopotany, gdyż nie usłyszałem nic szczególnego, w przeciwieństwie do moich kompanów :-). 
Na początku myślałem, ze może była to kwestia wyciszenia, albo nie słuchałem wystarczająco uważnie, ale odpowiedz była zaskakująco inna. Kiedy lider naszego wyjazdu, zaczął mówić, ze Bóg pokazał mu obraz dwóch mostów. Nie wiedział co symbolizują. Zaczęło nurtować mnie to pytanie. 
"O co wlaściwie chodzi z tymi mostami??" - pytałem sam siebie. Zacząłem się ponownie modlić. Prosiłem Go aby pokazał mi znaczenie tej myśli. A jeśli jest ona jego pragnieniem, żeby dał nam znak jak ją zrealizować.
Grzegorz przeczuwał, że chce coś powiedzieć. Postanowiłem podzielić się z przyjaciółmi moimi myślami. Wiedziałem już co Bóg chciał powiedzieć naszemu liderowi. Mosty symbolizowały pokój i połączenie miedzy ludźmi. Pomocną drogę dzięki której nie spadną w przepaść. 
To Bóg jest tym mostem. A my pomocnikami mającymi przeprowadzić przez niego potrzebujących. Nie wiedziałem tylko, czemu akurat dwa mosty. Parę dni później się dowiedziałem.
Kiedy byliśmy już w Budapeszcie, poszliśmy na pewna górkę na której znajdował się taras widokowy. Modliliśmy się tam o miasto i prosiliśmy, Pana Boga jak mamy się o to miasto modlić.  Widać z niego było Budę i Peszt oddzielone rzeką. Będąc tam zobaczyłem, że są one połączone DWOMA MOSTAMI.  Morałem który wyciągnąłem z tej sytuacji jest taki, ze czasami Bóg nie chce dać nam kolejnej zagadki do rozwiązania Ale czasami chce dać nam odpowiedz na czyjś problem albo na słowo dane przez Boga. "

Oleg H.

czwartek, 13 lutego 2014

Misja czy Tablet ?



Pewnego dnia gdy usłyszałam o wyjeździe misyjnym do Budapeszt (Węgry) chciałam bardzo pojechać ponieważ zawsze chciałam pojechać za granicę i jednocześnie służyć Bogu. 
 Kiedy chodziłam na spotkania przygotowawcze pan Grzegorz i pani Erin powiedzieli o tym , abyśmy sami postarali się zebrać pieniądze na wyjazd. Mieliśmy napisać listy do sponsorów, aby pomogli nam sfinansować podróż. Napisałam więc listy i wysłałam, ale nie otrzymałam całej sumy więc musiałam wydać pieniądze z moich oszczędności które przeznaczałam na zakup tableta.
 Udało mi się pojechać! Było świetnie odwiedzaliśmy różne ciekawe miejsca i poznawaliśmy niezwykłych ludzi zwiastując ( tym nienawróconym) ewangelię. Nasza grupa była nie liczna, ale dzięki temu mogliśmy lepiej się zgrać i wszyscy byli chętni do pomocy. Podobało mi się bardzo w między narodowym kościele gdzie ludzie byli zdziwieni i szczęśliwi, że takie "dzieci":) jak nasza grupa wyjeżdżają na misje.
 Gdy wróciłam do domu trzeba było "wrócić na Ziemię" do normalnego życia. :(
 W pewną niedzielę moja mama podzieliła się moją historją z pastorem z mojego kościoła i moim przykładem nawiązał do kazania. Kiedy zaczął o tym mówić nie mogłam uwierzyć że to o mnie, bo nawet nie wiedziałam, że to wie. Na koniec powiedzia, że kto chce to może dać mi swoje pieniądze abym mogła przeznaczyć je na to co chciałam. Myślałam, że to niemożliwe, ale po następnym nabożeństwie podszedł do mnie i dał mi kopertę z dokładnie tą sumą której potrzebowałam. Dostałam dwa razy więcej pieniędzy niż dałam! Bardzo się z tego cieszę.


Maja

Chcę Ciebie słyszeć Boże :-)




Uczestniczyłam w dwóch wyjazdach misyjnych organizowanych przez szkołę „Samuel”. Moja córka Zosia była w Budapeszcie, a Adaś w Krakowie. Każdy z tych wyjazdów był cennym przeżyciem dla każdego z nas. Wyjazd misyjny rozpoczyna się już kilka tygodni przed właściwą podróżą pociągiem. Rozpoczyna się spotkaniami, na których rozmawiamy, modlimy się, wsłuchujemy się w Głos Boga. I to w tych wyjazdach jest dla mnie najcenniejsze – słuchanie Głosu Bożego, szukanie Jego woli, tak aby wejść w Jego powołanie, a nie jedynie realizacja moich własnych pomysłów. Możemy poświęcić bardzo dużo czasu i energii, by robić różne wspaniałe rzeczy dla Boga, ale jeśli nie tego Bóg od nas oczekuje, to na nic się nie przydadzą nasze wysiłki. Gdy jednak zatrzymamy się by usłyszeć co Bóg ma dla nas i zaczniemy realizować Boże plany wtedy stajemy się świadkami Bożego działania. Szkoła „Samuel” już w samej swojej nazwie zawiera istotę naszej relacji z Panem Bogiem. Samuel – chłopiec, który słuchał Głosu Boga. Wyjazdy misyjne tego właśnie uczą nas i nasze dzieci – rozpoznawania Głosu Bożego, zatrzymania się by chcieć Go usłyszeć.
    Wspaniałe jest również to, że w wyjeździe bierze udział cała rodzina, bez względu na to kto z jej członków jedzie, a kto zostaje w domu. Tworzymy jedność od początku do zakończenia. Ci co zostają trwają w łączności modlitewnej, duchowej – to nieodłączna część misji. To naprawdę wyjątkowy czas dla całej rodziny.

Monika Węgrzyn

poniedziałek, 10 lutego 2014

Marysia i Paulina w Krakowie

Misja – Kraków.
„Albowiem to Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą.” (Flp 2,13)
Moja „podróż misyjna” rozpoczęła się w grudniu… Z chwilą, gdy czytałam ogłoszenie, dotyczące wyjazdu do Krakowa, Pan poruszał moje serce i wlewał w nie pragnienie uczestnictwa w tym wydarzeniu. Moja córka także wyraziła chęć, by jechać, niezależnie ode mnie. I tak zaczął się dla nas czas modlitwy i rozeznawania woli Bożej, czas wspólnych rozmów i wspaniałych spotkań przed-misyjnych, w których mogliśmy uczestniczyć całą rodziną. 
A Pan nam błogosławił i okazywał swoją moc! 
Gdy okazało się, że finanse niezbędne na wyjazd przekraczają nasze możliwości, Pan zatroszczył się o nie, poruszając serca wielu osób, których hojność przerosła nasze oczekiwania. Zostałyśmy obdarowane kwotą, która dokładnie pokrywała koszty wyjazdu dla dwóch osób.                                        Dwa dni przed oczekiwanym wydarzeniem Marysia zachorowała. Jej stan zdrowia, patrząc po ludzku, wskazywał na to, że zostaniemy w domu. Pan zachęcał nas przez swoje słowo, by Mu zaufać i nie lękać się (Ps 56,5), przylgnąć do Niego a On doda sił, gdyż jest Wszechmocnym jedynym Bogiem (Syr 24,24). Stanęliśmy na tym słowie w uwielbieniu i Pan dał wielki pokój naszym sercom. Wiedzieliśmy, że wszystko jest w Jego ręku. Jednocześnie wiele osób modliło się o zdrowie dla naszej córki. W dniu wyjazdu Marysia wstała z łóżka jak nowo narodzona, gotowa do podróży misyjnej. Chwała Pana tym bardziej rozbrzmiała z ust wszystkich, którzy przez kilka dni trwali na modlitwie. Nasza radość była ogromna!
Trzy dni pobytu w Krakowie były dla mnie szczególnym czasem chodzenia w obecności Pana, słuchania Jego głosu, otwartości na służbę innym. Wspaniałym doświadczeniem było obserwowanie naszych dzieci, które z wielką prostotą wyrażały to, co Bóg do nich mówi, czego od nich oczekuje, modliły się z otwartością serca i angażowały się w pełni w każde powierzone im zadanie. Wyjście na ulice do ludzi bezdomnych było dla mnie niesamowitym przeżyciem, kiedy Pan kruszył moje serce a z oczu płynęły łzy wzruszenia, kiedy radość mieszała się ze współczuciem a Boże błogosławieństwo spływało na nas wszystkich. I naturalność, z jaką dzieci obdarowywały jedzeniem bezdomne osoby i nawiązywały z nimi dialog. Pan pozwolił mi także spojrzeć na moją córkę Jego oczami i dostrzec jej wrażliwe, otwarte na Boga serce.

To, co wydarzyło się podczas wyjazdu misyjnego w Krakowie i wcześniej w okresie przygotowań, pozostanie na długo w moim sercu. Relacje, jakie nawiązałam zarówno z dziećmi jak i rodzicami są pełne radości i otwartości. Mam nadzieję, że to dopiero początek podróży misyjnych w życiu moim i mojej rodziny… resztę pozostawiam Panu.